cognitivesurpluscover

Cognitive Surplus

Creativity and generosity in a connected Age

Autor: Clay Shirky

Czy pasywne oglą­da­nie tele­wi­zji było chwi­lo­wym zwy­cza­jem, który trwał 80 lat, i czy wra­camy dziś do bar­dziej uczest­ni­czą­cej kul­tury? Cały czas wolny, który ludzie poświę­cają na doda­wa­nie haseł do Wikipedii, two­rze­nie fil­mi­ków na YouTube czy śmiesz­nych pod­pi­sów do obraz­ków z kotami to czas, w któ­rym wcze­śniej pasyw­nie oglą­dali tele­wi­zję. Z pew­no­ścią Ty także polu­bisz prze­my­śle­nia Claya Shirky’ego na temat kul­tury internetowej.

Konsumpcja ginu była trak­to­wana jako pro­blem do roz­wią­za­nia, kiedy w rze­czy­wi­sto­ści była reak­cją na praw­dziwy pro­blem – dra­ma­tyczne zmiany spo­łecz­nie i nie­moż­ność dosto­so­wa­nia star­szych modeli admi­ni­stra­cyj­nych. W uspo­ko­je­niu gino­wego sza­leń­stwa pomo­gła restruk­tu­ry­za­cja spo­łe­czeń­stwa w nowej, miej­skiej rzeczywistości.

Błędy Milkshake’owe:

(Historia o kon­sul­tan­cie sieci McDonald’s, który nie rozu­miał, dla­czego tak wielu ludzi kupo­wało Milkshake’i tylko rano: ponie­waż było to ich śnia­da­nie. To, że milkshake’i nie powstały z myślą o śnia­da­niach to nie zna­czyło, że nie były w ten spo­sób postrzegane.)

Pierwszym błę­dem było sku­pie­nie się głów­nie na atry­bu­tach pro­duktu i zało­że­nie, że wszyst­kie ważne rze­czy, które go doty­czyły, mie­ściły się nie­jako w jego atry­bu­tach, bez zwra­ca­nia uwagi na to, jaką rolę pro­dukt miał odgry­wać według klien­tów – robota, do któ­rej zatrud­niali milkshake’a.

Drugim błę­dem było zasto­so­wa­nie wąskiego poglądu na to, jakiego rodzaju jedze­nie ludzie od zawsze jedzą rano, tak jakby wszyst­kie zwy­czaje wyni­kały z głę­boko zako­rze­nio­nych tra­dy­cji, a nie sku­mu­lo­wa­nych przypadków.

Ani sam shake, ani histo­ria jedze­nia śnia­dań nie miały wpływu na to, jak bar­dzo klienci chcieli, by jedze­nie peł­niło nie­tra­dy­cyjną rolę – słu­żyło jako poży­wie­nie i uroz­ma­ice­nie ich codzien­nych dojaz­dów do pracy – do tej roli zaprzę­gli milkshake’a.

Gdy roz­ma­wiamy o efek­tach wia­do­mo­ści w sieci lub SMS-ów, łatwo jest popeł­nić błąd milkshake’owy i sku­pić się tylko na narzędziach.

Łatwo też zało­żyć, że świat, w tej postaci, w któ­rej ist­nieje obec­nie, przed­sta­wia swego rodzaju ide­alną formę spo­łe­czeń­stwa i wszyst­kie odstęp­stwa od tej uświę­co­nej tra­dy­cji są zarówno szo­ku­jące, jak i złe.

Jednak czy­sta kon­sump­cja mediów nigdy nie była uświę­coną tra­dy­cją; była to zale­d­wie kumu­la­cja przy­pad­ków, przy­pad­ków, które obec­nie wystę­pują coraz rzadziej.

Historia Ushahidi nauczyła nas kilku rzeczy:

Ludzie chcą zro­bić coś, by świat stał się lep­szym miejscem.

Pomogą, jeśli się ich zaprosi do pomocy.

Dostęp do tanich, ela­stycz­nych narzę­dzi znosi wiele ogra­ni­czeń przed pró­bo­wa­niem nowości.

Nie potrze­bu­jemy wymyśl­nych kom­pu­te­rów, by okieł­znać kogni­tywną nad­wyżkę; wystar­czą pro­ste telefony.

Gdy już usta­limy, jak wyko­rzy­stać nad­wyżkę w spo­sób, na któ­rym ludziom zależy, inni mogą wciąż od nowa naśla­do­wać naszą tech­nikę na całym świecie.

Najgłupszy z moż­li­wych aktów twór­czych to wciąż akt twórczy.

Dopóki zało­że­niem mediów jest umoż­li­wia­nie zwy­kłym ludziom kon­sump­cji pro­fe­sjo­nal­nie wytwo­rzo­nego mate­riału, dopóty roz­prze­strze­nia­nie się ama­tor­skich mate­ria­łów będzie się wyda­wać nie do pojęcia.

Co jed­nak, jeśli przez cały ten czas zapew­nia­nie pro­fe­sjo­nal­nych tre­ści nie jest jedy­nym zada­niem, do wyko­na­nia któ­rego anga­żu­jemy media?

Co jeśli zatrud­niamy je, by poczuć się bar­dziej zwią­zani, zaan­ga­żo­wani albo po pro­stu mniej samotni?

Dzielenie się to rze­czy­wi­ście to, co spra­wia, że two­rze­nie to dobra zabawa.

Dorośli męż­czyźni i kobiety, sie­dzący w swo­ich miesz­ka­niach i uda­jący, że są elfami: przy­naj­mniej coś robią.

Uczestniczenie to dzia­ła­nie w taki spo­sób, jakby nasza obec­ność miała zna­cze­nie, tak jakby nasza reak­cja na to co widzimy lub sły­szymy była czę­ścią wydarzenia.

Uczestnictwo jest wpi­sane w ideę tele­fonu; tak samo jest z kom­pu­te­rami. Gdy kupu­jemy urzą­dze­nie, które pozwala nam na kon­sump­cję cyfro­wych tre­ści, jed­no­cze­śnie kupu­jemy urzą­dze­nie do ich produkowania.

Jeśli umoż­li­wimy ludziom pro­du­ko­wa­nie i dzie­le­nie się swoim pro­duk­tem, z cza­sem się w to wcią­gną, nawet jeśli nigdy wcze­śniej nie zacho­wy­wali się w ten spo­sób i nawet jeśli nie są tak dobrzy, jak profesjonaliści.

Prawdopodobieństwo jakie­goś wyda­rze­nia to praw­do­po­do­bień­stwo jego wystą­pie­nia się pomno­żone przez czę­sto­tli­wość, z jaką może wystąpić.

Tam, gdzie dora­sta­łem szansa, że ktoś będzie miał ochotę na poje­dyn­czy kawa­łek pizzy o trze­ciej popo­łu­dniu była zbyt niska, by móc na nią liczyć.

Z dru­giej strony na rogu Trzydziestej Szóstej Ulicy i Szóstej Alei w opar­ciu o takie szanse można by było zbu­do­wać cały biznes.

Prawdopodobieństwo każ­dego wyda­rze­nia z udzia­łem ludzi, jak nie­praw­do­po­dob­nie by nie było, wzra­sta w tłu­mie. Duże nad­wyżki róż­nią się od małych.

Więcej zna­czy ina­czej: jeśli zbie­rzemy dużą ilość cze­goś, będzie się to zacho­wy­wać w nowy sposób.

Jakie są szanse, że osoba z kamerą natrafi na wyda­rze­nie o świa­to­wym znaczeniu?

Coraz bar­dziej sta­jemy się infra­struk­turą dla sie­bie nawzajem.

Coraz czę­ściej pozna­jemy świat przez losowe wybory nie­zna­jo­mych osób, doty­czące tego, czym się podzie­lić z innymi.

Najgorszą rze­czą, która mogłaby się przy­da­rzyć każ­demu, byłoby bycie nie­przy­dat­nym do niczego i dla nikogo.

Media to środ­kowa war­stwa w każ­dej komu­ni­ka­cji, bez względu na to, czy jest to coś tak sta­ro­żyt­nego, jak alfa­bet, czy naj­now­szego, jak tele­fon komórkowy.

Połączenie ludz­ko­ści ze sobą nawza­jem pozwala nam trak­to­wać nasz wolny czas jak wspólne, świa­towe zasoby i wymy­ślać nowe rodzaje uczest­nic­twa i dzie­le­nia się, w któ­rych korzy­sta się z tych zasobów.

Musimy się sko­or­dy­no­wać ze sobą nawza­jem, by uzy­skać cokol­wiek z naszego wspól­nego czasu wol­nego i talentów.

Kognitywna nad­wyżka, nowo ukuta z poprzed­nich nie­po­łą­czo­nych wysp czasu i talentu to tylko surowy mate­riał. By wycią­gnąć z niej jakąś war­tość, musimy spra­wić, by coś zna­czyła lub coś robiła.

Pick UpPal zapew­nia rów­no­wagę kogni­tyw­nej nad­wyżce w sen­sie ogól­nym. Gdy każdy musi roz­wią­zać pro­blem dojaz­dów do pracy zupeł­nie na wła­sną rękę, roz­wią­za­niem jest, żeby każda osoba miała i pro­wa­dziła wła­sny samo­chód. Jednak to „roz­wią­za­nie” pogar­sza pro­blem. Gdy już jed­nak zauwa­żymy, że pro­blem dojaz­dów do pracy jest kwe­stią koor­dy­na­cji, możemy po pro­stu zamiast o indy­wi­du­al­nych roz­wią­za­niach pomy­śleć o roz­wią­za­niach łączo­nych. W kon­tek­ście pod­wo­że­nia (ang. carpo­oling) ilość samo­cho­dów na dro­gach staje się moż­li­wo­ścią, ponie­waż każdy dodat­kowy samo­chód to dodat­kowa szansa, że ktoś będzie jechał w naszą stronę. Pick Up Pal prze­obraża nad­wyżkę samo­cho­dów i kie­row­ców w poten­cjal­nie wspólne zasoby.

Od cza­sów Gutenberga poja­wiło się wiele nowych rodza­jów mediów: obrazy i dźwięki zostały zako­do­wane w przed­mio­tach, od płyt foto­gra­ficz­nych do płyt CD z muzyką; fale elek­tro­ma­gne­tyczne zostały zaprzę­gnięte do stwo­rze­nia radia i tele­wi­zji. Wszystkie te kolejne rewo­lu­cje, bar­dzo róż­niące się od sie­bie, nadal mają sedno Gutenbergowskiej eko­no­mii: olbrzy­mie koszty inwe­sty­cji. Posiadanie środ­ków pro­duk­cji jest dro­gie, bez względu na to, czy jest to prasa dru­kar­ska czy wieża tele­wi­zyjna, co spra­wia, że nowinki są zasad­ni­czo ope­ra­cjami bar­dzo wyso­kiego ryzyka. Jeśli posia­da­nie i zarzą­dza­nie wła­snymi środ­kami pro­duk­cji jest dro­gie lub wymaga per­so­nelu, jeste­śmy w świe­cie eko­no­mii Gutenberga. A za każ­dym razem, gdy mamy do czy­nie­nia z eko­no­mią Gutenberga, czy jeste­śmy wenec­kim wydawcą, czy hol­ly­wo­odz­kim pro­du­cen­tem, będziemy mieć rów­nież do czy­nie­nia z pięt­na­sto­wiecz­nym ryzy­kiem zarzą­dza­nia, w któ­rym pro­du­cenci muszą zde­cy­do­wać o tym, co jest dobre, zanim pokażą to publicz­no­ści. W tym świe­cie nie­mal wszyst­kie media są pro­du­ko­wane przez „Media”, w świe­cie, w któ­rym wszy­scy żyli­śmy aż do niedawna.

Wydawcy wciąż peł­nią różne funk­cje w wybo­rze, redak­cji i mar­ke­tingu prac (na przy­kład, dzie­siątki ludzi poza mną pra­co­wały nad ulep­sze­niem tej książki), ale nie two­rzą już bariery pomię­dzy pry­wat­nym i publicz­nym pisarstwem.

Rozgłos, roz­gła­sza­nie, publi­ko­wa­nie, publi­ka­cja, publi­cy­sta, wydawca.

Wszystko to kon­cen­truje się na spra­wia­niu, by coś stało się publiczne, co z histo­rycz­nej per­spek­tywy było zawsze trudne, skom­pli­ko­wane i drogie.

A teraz nie posiada żad­nej z tych cech.

Im łatwiej­sze jest publi­ko­wa­nie dla prze­cięt­nej osoby, tym bar­dziej prze­ciętne staje się to, co jest publikowane.

Jednak zwięk­sza­nie moż­li­wo­ści uczest­nic­twa w publicz­nej dys­ku­sji ma war­tość kompensującą.

Pierwszą zaletą jest zwięk­szone eks­pe­ry­men­to­wa­nie formą.

Nawet jeśli roz­pro­pa­go­wa­nie rucho­mej czcionki dopro­wa­dziło do olbrzy­miego spadku śred­niej jako­ści, to ten sam wyna­la­zek umoż­li­wił nam posia­da­nie powie­ści, gazet i maga­zy­nów naukowych.

Obfitość jest inna: jej nasta­nie ozna­cza, że możemy zacząć trak­to­wać nie­gdyś war­to­ściowe rze­czy, jakby były na tyle tanie, by je mar­no­wać, co zna­czy też – na tyle tanie, by z nimi eks­pe­ry­men­to­wać. Ponieważ obfi­tość może usu­nąć kom­pro­misy, do któ­rych przy­wy­kli­śmy, może być dez­orien­tu­jąca dla ludzi, któ­rzy wycho­wali się w nie­do­statku. Gdy jakichś zaso­bów jest nie­wiele, ludzie, któ­rzy nimi zarzą­dzają zwy­kle uwa­żają się za war­to­ściowe same w sobie, nie zasta­na­wia­jąc się, jak bar­dzo war­tość jest powią­zana z nie­wielką dostęp­no­ścią. Lata po tym, jak dłu­go­dy­stan­sowe roz­mowy tele­fo­niczne prze­stały ist­nieć w Stanach Zjednoczonych, moi starsi krewni wciąż twier­dzili, że dana roz­mowa była „dłu­go­dy­stan­sowa”. Takie roz­mowy były kie­dyś szcze­gólne, ponie­waż były dro­gie; lata zajęło ludziom zro­zu­mie­nie, że tanie roz­mowy dłu­go­dy­stan­sowe usu­nęły powód, by trak­to­wać je jako war­to­ściowe same w sobie. Podobnie, gdy publi­ka­cja – akt spra­wia­nia, że coś staje się publiczne – prze­cho­dzi od trud­nej do wła­ści­wie nie­wy­ma­ga­ją­cej wysiłku, ludzie przy­wy­kli do sta­rego sys­temu czę­sto uwa­żają publi­ko­wa­nie przez ama­to­rów za fry­wolne, ponie­waż publi­ko­wa­nie było z zało­że­nia poważ­nym zaję­ciem. Chociaż w sumie, tak naprawdę nigdy nie było. Publikowanie musiało być brane na poważ­nie, ponie­waż koszty i wysiłki z nim zwią­zane spra­wiały, że ludzie brali je na poważnie.

Działalność, która kie­dyś wyda­wała się z zasady war­to­ściowa, oka­zała się mieć tylko przy­pad­kową wartość.

Do roku 1951 łatwo było zauwa­żyć odpo­wiedź. Publika nie musiała wybie­rać pomię­dzy rosną­cym zale­wem śmieci i rosnącą kolek­cją kla­syki. Mogliśmy mieć i jedno, i dru­gie (co wła­śnie mamy). Jedno i dru­gie nie było jedy­nie odpo­wie­dzią na pyta­nie Swadosa; było odpo­wie­dzią zawsze wtedy, gdy rosła obfi­tość komu­ni­ka­cji, od cza­sów prasy drukarskiej.

Nie możemy mieć „cią­gle roz­wi­ja­ją­cej się listy kla­sy­ków” nie pró­bu­jąc rów­nież nowych form; jeśli ist­niałby pro­sty wzór pisa­nia cze­goś, co będzie cenione przez dzie­się­cio­le­cia lub stu­le­cia, nie potrze­bo­wa­li­by­śmy eks­pe­ry­men­tów; ten jed­nak nie ist­nieje, musimy więc eks­pe­ry­men­to­wać. Materiał niskiej jako­ści, który wiąże się ze zwięk­szoną swo­bodą, towa­rzy­szy eks­pe­ry­men­tom, któ­rych wyni­kiem są osta­tecz­nie doce­niane rzeczy.

Wszystkie rewo­lu­cje róż­nią się od sie­bie (co zna­czy mniej wię­cej tyle, co stwier­dze­nie, że wszyst­kie nie­spo­dzianki są niespodziewane).

Media to tkanka łączna spo­łe­czeń­stwa. Media to to, jak, kiedy i gdzie odbywa się przy­ję­cie uro­dzi­nowe naszych przy­ja­ciół. Media to to, skąd wiemy, co dzieje się w Teheranie, kto rzą­dzi w mie­ście Tegucigalpa albo jaka jest cena her­baty w Chinach.

Media to to, skąd wiemy o wszyst­kim, co znaj­duje się dalej niż dzie­sięć metrów od nas.

Wszystko to dzie­liło się kie­dyś na media publiczne (jak komu­ni­ka­cja wizu­alna albo dru­ko­wana two­rzona przez nie­wiel­kie grupy pro­fe­sjo­na­li­stów) i media oso­bi­ste (jak listy i roz­mowy tele­fo­niczne wyko­ny­wane przez zwy­kłych oby­wa­teli). Teraz te dwa modele połą­czyły się ze sobą.

Gdy ktoś kupuje tele­wi­zor liczba kon­su­men­tów rośnie o jeden, ale liczba pro­du­cen­tów jest taka sama.

Z dru­giej strony, gdy ktoś kupuje kom­pu­ter lub tele­fon komór­kowy, zarówno liczba kon­su­men­tów, jak i pro­du­cen­tów rośnie o jeden.

Dzięki nowym usłu­gom, które umoż­li­wiają ama­to­rom dzie­le­nie się swoją pracą, dochody nie są prze­ka­zy­wane twór­com tre­ści, ale wła­ści­cie­lom plat­form, które umoż­li­wiają ich udostępnianie.

Jako alter­na­tywne porów­na­nie prze­ana­li­zujmy przy­kład lokal­nego baru. Jest to przed­się­wzię­cie komer­cyjne, ale sprze­da­wane pro­dukty są zawsze tań­sze w domu, róż­nica jest czę­sto znaczna; więk­szość usług ofe­ro­wa­nych przez pra­cow­ni­ków to jedy­nie otwie­ra­nie bute­lek i zmy­wa­nie naczyń. Jeśli piwo w barze kosz­tuje dwa razy tyle co w skle­pie, dla­czego cały inte­res nie upada, w miarę jak ludzie będą wybie­rać tań­sze piwo w domu? Tak, jak w przy­padku wła­ści­cieli ser­wisu YouTube, wła­ści­ciel baru zaj­muje się dziw­nym biz­ne­sem, w któ­rym ofe­ro­wane są war­to­ści nie­zwią­zane ze sprze­da­wa­nymi pro­duk­tami i usłu­gami, war­to­ści two­rzone przez klien­tów dla klien­tów. Ludzie płacą wię­cej za wypi­cie piwa w barze niż za picie go w domu, ponie­waż bar ofe­ruje lep­szą atmos­ferę; przy­ciąga ludzi, któ­rzy mają ochotę na roz­mowę lub po pro­stu chcą być w pobliżu innych ludzi, ludzi, któ­rzy wolą posie­dzieć w barze niż być w domu sami. Ten bodziec jest wystar­cza­jąco silny, by za odmienną atmos­ferę warto było pła­cić. Logika cyfro­wych dzier­żaw­ców grun­tów suge­ro­wa­łaby, że wła­ści­ciel wyzy­skuje swo­ich klien­tów, ponie­waż ich roz­mowy w barze to część „tre­ści”, które spra­wiają, że chcą oni prze­pła­cać za piwo, jed­nak tak naprawdę żaden z klien­tów nie odbiera tego w ten spo­sób. Zamiast tego chęt­nie nagra­dzają wła­ści­ciela za stwo­rze­nie przy­cią­ga­ją­cego ludzi śro­do­wi­ska, miej­sca, w któ­rym zapłacą wię­cej za szansę prze­by­wa­nia ze sobą nawzajem.

Amatorzy to nie tylko mało ważni profesjonaliści.

Innymi słowy, jedna z funk­cji na rynku to zapew­nia­nie plat­formy, która umoż­li­wia anga­żo­wa­nie się w rze­czy, które cenimy poza ryn­kiem, bez względu na to, czy te plat­formy to bary czy ser­wisy internetowe.

(Przeszłość:) Jeśli byli­śmy oby­wa­te­lem tego świata i mie­li­śmy coś, co chcie­li­śmy powie­dzieć publicz­nie – nie było takiej moż­li­wo­ści. Kropka.

Wybór poli­tyki nie­gdyś „Czy powin­ni­śmy powie­dzieć publice coś czy nic?”. Do 2005 roku zmie­nił się w „Czy chcemy być czę­ścią dys­ku­sji, którą publika już odbywa?”

Motywacja zewnętrzna, jak zara­bia­nie na czymś, może wyprzeć moty­wa­cję wewnętrzną, jak odczu­wa­nie przy­jem­no­ści z wyko­ny­wa­nia czegoś.

Hipotetyczna pro­po­zy­cja rządu, by zbu­do­wać maga­zyn odpa­dów nukle­ar­nych w regio­nie podzie­liła miesz­kań­ców nie­mal po równo. Gdy jed­nak Frey ponow­nie sfor­mu­ło­wał pyta­nie, tak by była w nim moż­li­wość, że rząd będzie pła­cił miesz­kań­com za prze­cho­wy­wa­nie odpa­dów, pro­por­cje zmie­niły się na trzech do jed­nego prze­ciwko propozycji.

Ile jest miejsc, w któ­rych czyjś wolny wybór dzia­łań ma dla kogoś więk­sze zna­cze­nie niż dla tej osoby? W cza­sach, gdy nasz czas wolny i talenty to wspólne zasoby, odpo­wiedź brzmi: wszędzie.

Badanie nad grami wideo wyka­zało, że główną atrak­cją dla gra­czy nie jest gra­fika czy prze­moc, ale poczu­cie kon­troli i kom­pe­ten­cji, którą mogą uzy­skać gra­cze, gdy mistrzow­sko opa­nują grę.

Nagrody gło­sowe za uło­że­nie prze­strzen­nych zaga­dek logicz­nych, jak „To bar­dzo dobrze” lub „To wynik powy­żej prze­cięt­nej dla tej zagadki” powo­do­wały polep­sze­nie wydaj­no­ści, poprawa utrzy­my­wała się nawet po tym, jak infor­ma­cje gło­sowe się skoń­czyły. Głosowe infor­ma­cje zwrotne wyda­wa­łyby się być tylko kolejną zewnętrzną nagrodą, jak pie­nią­dze. Jeśli jed­nak są one szczere i pocho­dzą od kogoś, kogo odbiorca sza­nuje, stają się wewnętrzną nagrodą, ponie­waż pole­gają na poczu­ciu więzi.

Coś stwo­rzo­nego przez ama­tora może w rze­czy­wi­sto­ści stwo­rzyć lep­sze warunki do człon­kow­stwa w gru­pie niż pro­jekt pro­fe­sjo­na­li­sty. W ten sam spo­sób lol­caty prze­ka­zują wia­do­mość: „Ty też możesz zagrać w tę grę”.

Pewnie nawet nie weszli­by­śmy do kuchni z maga­zynu „House Beautiful”, ponie­waż pro­jekty nie do końca krzy­czą „Wejdź i pomóż!”.

Wdzięczność nie tylko jest naj­więk­szą z cnót, lecz jest także rodzi­cem wszyst­kich innych.

Amatorzy cza­sem róż­nią się umie­jęt­no­ściami od pro­fe­sjo­na­li­stów, jed­nak zawsze róż­nią się moty­wa­cją; sam ter­min pocho­dzi z łaciń­skiego amare – kochać. Istotą ama­tor­stwa jest moty­wa­cja wewnętrzna: być ama­to­rem zna­czy robić coś, bo się to kocha.

Cyfrowa sztuka ludowa – ama­tor­ska pro­duk­cja słów, dźwię­ków i obra­zów, pomy­śla­nych tak, by były wcią­ga­jące lub zabawne, prze­zna­czo­nych raczej do obiegu ama­tor­skiego niż ofi­cjal­nej publikacji.

Podejdźmy do sto­iska z prasą i kupmy maga­zyn, tema­tem któ­rego w ogóle się nie inte­re­su­jemy. Jeśli czy­tamy „Vogue” kupmy „Guns and Ammo” [broń i amu­ni­cja]; jeśli czy­tamy „Golf Digest”, weźmy „Tiger Beat” [maga­zyn dla fanów, głów­nie nasto­la­tek]; gdy będziemy czy­tać, wyobraźmy sobie, co ktoś, komu podoba się ten maga­zyn, pomy­ślałby o naszych zainteresowaniach.

Twórcy nie pró­bują dotrzeć do jakiejś ogól­nej publicz­no­ści, ale raczej komu­ni­ko­wać się ze swo­imi brat­nimi duszami, czę­sto w poczu­ciu norm kul­tu­ro­wych, które róż­nią się od świata zewnętrznego.

Jeśli będziemy tylko uda­wać, że ofe­ru­jemy ujście dla tych moty­wa­cji, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści będziemy wpa­so­wy­wać ludzi do uprzed­nio wymy­ślo­nych doświad­czeń, mogą się zbuntować.

Gdy zda­rzają się zaska­ku­jące, nowe rze­czy, zamiast pytać „Dlaczego to dla mnie nowość?” możemy zapy­tać „Dlaczego to dla mnie niespodzianka?”.

Wiele z nie­spo­dzie­wa­nych spo­so­bów na wyko­rzy­sta­nie narzę­dzi komu­ni­ka­cyj­nych jest zaska­ku­ją­cych, ponie­waż nasze stare prze­ko­na­nia na temat ludz­kiej natury są tak nędzne.

Śle­pota spo­wo­do­wana teo­rią: sto­so­wa­nie się do prze­ko­na­nia na temat tego, jak działa świat, które nie pozwala nam dostrzec jak naprawdę działa świat.

Innymi słowy, zasko­cze­nie to poczu­cie, że stare prze­ko­na­nie się załamuje.

Wiele z naszych zacho­wań, jak zapa­mię­ty­wa­nie nume­rów tele­fo­nów, odbywa się nie przez pra­gnie­nie, lecz z powodu nie­do­god­no­ści, i szybko zani­kają one, gdy znika nie­do­god­ność. Odczytywanie wia­do­mo­ści z kawałka papieru, wewnętrzny przy­mus, by być w pobliżu tele­wi­zora o okre­ślo­nej porze, by obej­rzeć okre­ślony pro­gram, trzy­ma­nie zdjęć z waka­cji dla sie­bie, jakby były jakąś wielką tajem­nicą – żadne z tych zacho­wań nie miało ani grama sensu.

Wszystkie zaska­ku­jące ele­menty zacho­wań opi­sane tutaj mają dwa wspólne ele­menty: ludzie mieli oka­zję, by zacho­wy­wać się w spo­sób, który nagra­dzał jakąś wewnętrzną moty­wa­cję i te oka­zje były umoż­li­wiane przez tech­no­lo­gię, ale stwo­rzone przez istoty ludz­kie. Chociaż nowe ele­menty zacho­wań są raczej roz­sze­rze­niami niż zamien­ni­kami dużo star­szych wzo­rów życia istot społecznych.

Sieć Kalifornijskich desko­rol­ka­rzy stwo­rzyła śro­do­wi­sko, w któ­rym ludzi, któ­rzy lubią jazdę na desce mogą ją ćwi­czyć razem. Poczucie człon­kow­stwa, przy­na­leż­no­ści do grupy, którą oży­wia wspólna wizja lub pro­jekt, może uru­cho­mić pętlę infor­ma­cji zwrot­nych, w któ­rej ulep­szana jest także auto­no­mia i kom­pe­ten­cja. Ludzie, któ­rzy są czę­ścią sieci, w któ­rej stają się coraz lepsi w tym, co kochają, zazwy­czaj w niej zostają. W miarę, jak umie­jęt­ność grupy do pracy i nauki rośnie, przy­ciąga ona wię­cej uczestników.

Cieplarniane śro­do­wi­sko współ­pra­cu­ją­cej grupy może spra­wić, że pomy­sły i osią­gnię­cia jej człon­ków będą roz­wi­jać się szyb­ciej niż gdyby wszy­scy człon­ko­wie dążyli do takich samych celów nie dzie­ląc się ze sobą.

Ekonomia beha­wio­ralna poka­zuje, że ludzie nie zawsze dzia­łają samo­lub­nie i że trans­ak­cje maja same w sobie ele­ment emocjonalny.

Jesteśmy nie­zdolni do zacho­wy­wa­nia się tak, jak gdy­by­śmy nie byli człon­kami więk­szej spo­łecz­no­ści, jak gdy­by­śmy nie mie­rzyli skut­ków naszych dzia­łań mając na uwa­dze człon­kow­stwo w tej społeczności.

Jednym ze wspa­nia­łych zabez­pie­czeń stan­dar­dów etycz­nych w spo­łe­czeń­stwie jest chęć ludzi do kara­nia tych, któ­rzy ucie­kają od norm uczci­wo­ści lub dobrego zacho­wa­nia, nawet jeśli wyko­na­nie tej kary ozna­cza koszty. Dokładnie to robią osoby odpo­wia­da­jące na ulti­ma­tum w grze ulti­ma­tum, gdy odrzu­cają niskie oferty. Ponieważ spo­łe­czeń­stwo korzy­sta na tych zacho­wań kosz­tow­nych dla jed­nostki, nazywa się to altru­istyczną karą. Ludzie czer­pią przy­jem­ność z kara­nia złych uczyn­ków, nawet jeśli kosz­tuje to czas, ener­gię lub pieniądze.

Każdy spo­sób komu­ni­ka­cji, który nie­gdyś musiał pole­gać na wyce­nie rynku może mieć teraz alter­na­tywę, pole­ga­jącą na otwar­tym udostępnianiu.

Gdy zało­żymy, że ludzie są z zasady samo­lubni, two­rzymy sys­temy, które nagra­dzają samo­lub­nych ludzi.

Systemy, które zakła­dają, że ludzie zawsze będą dzia­łać w taki spo­sób, by two­rzyć dobra publiczne i nagra­dza ich za robie­nie tego, czę­sto pozwa­lają im współ­pra­co­wać lepiej niż prze­wi­dy­wa­łaby neo­kla­syczna ekonomia.

Produkcja spo­łeczna: ludzie, któ­rych nie znamy, popra­wia­jący nasze życie za darmo.

Sektor pry­watny, w któ­rym zada­nie zosta­nie wyko­nane, gdy można zgro­ma­dzić zespół, który wykona je za mniej pie­nię­dzy niż wynik pracy będzie kosz­to­wać na rynku.

Produkcja spo­łeczna to two­rze­nie war­to­ści przez grupę dla jej człon­ków, bez wyko­rzy­sty­wa­nia sygna­łów ceno­wych ani kie­row­ni­czego nad­zoru do koor­dy­na­cji wysił­ków uczestników.

Produkcja part­ner­ska w opar­ciu o dobro wspólne: uczest­nicy współ­dzielą dzieło lub mają do niego dostęp; jest ono two­rzone przez ludzi pra­cu­ją­cych w sys­te­mie part­ner­skim, bez kie­row­ni­czej hierarchii.

Jedną z naj­słab­szych kwe­stii w całym kano­nie pop-kultury jest wro­dzona róż­nica poko­leń; kon­cep­cja, że dzi­siejsi trzy­dzie­sto­kil­ku­lat­ko­wie to człon­ko­wie kate­go­rii ludzi nazy­wa­nej Pokoleniem X, pod­czas gdy dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ko­wie to część Pokolenia Y, a obie te kate­go­rie wewnętrz­nie róż­nią się od sie­bie i od grupy z baby boomu. Atrakcyjność kon­cep­tu­alna tych ety­kie­tek jest ogromna, jed­nak war­tość wyja­śnia­jąca kon­cep­cji jest nie­mal bez­u­ży­teczna. Jest to swego rodzaju astro­lo­gia wyko­rzy­stu­jąca dekady zamiast mie­sięcy. Pokolenia róż­nią się, jed­nak mniej dla­tego, że róż­nią się ludzie niż dla­tego, że róż­nią się możliwości.

Teorie róż­nicy poko­leń mają sens, jeśli są okre­ślane raczej jako teo­rie róż­nic śro­do­wi­sko­wych niż róż­nic psychologicznych.

Decyzja o nie polep­sza­niu czy­je­goś życia, gdy będzie nas to kosz­to­wać nie­wiele lub wcale ma swoją nazwę: zło­śli­wość. Przemysł muzyczny, by chro­nić swoje dochody chciał (i nadal chce), byśmy dobro­wol­nie byli zło­śliwi wobec swo­ich przyjaciół.

Pozytywne odchy­le­nia to ci, któ­rzy zacho­wują się lepiej niż prze­wi­duje norma, nawet, jeśli napo­ty­kają podobne ogra­ni­cze­nia lub wyzwania.

W 1973 roku Mark Granovetter poka­zał w swo­jej nowa­tor­skiej pracy „The Strength of Weak Ties” [siła sła­bych więzi], że ludzie czę­ściej znaj­dują pracę dzięki luź­nym zna­jo­mo­ściom niż bli­skim przy­ja­cio­łom czy rodzinie.

Przypisanie ceny cze­muś, co wcze­śniej znaj­do­wało się poza ryn­kową logiką może zmie­nić to diametralnie.

Prostytucja: męż­czyźni płacą nie tylko za seks, płacą także, by po wszyst­kim kobieta sobie poszła.

Niewidzialny College miał jedną dużą zaletę nad alche­mi­kami: mieli sie­bie nawzajem.

Alchemicy ponie­śli porażkę z powodu nie­do­sta­tecz­nej ilo­ści infor­ma­cji. Jako grupa byli znani z pustel­ni­czego trybu życia; zazwy­czaj pra­co­wali samot­nie, trzy­mali swoje metody i wyniki w tajemnicy.

Przekazywanie kolej­nym poko­le­niom błęd­nych prze­ko­nań było rów­nie praw­do­po­dobne, co prze­ka­zy­wa­nie tych popraw­nych. Z dru­giej strony człon­ko­wie Niewidzialnego College’u opi­sy­wali sobie nawza­jem swoje metody, zało­że­nia i wyniki tak, by wszy­scy mogli czer­pać korzy­ści zarówno z suk­ce­sów, jak i z porażek.

Aforyzm open source: dobra spo­łecz­ność i zły kod two­rzą dobry projekt.

Uczący się, któ­rzy dzielą się z innymi swo­imi obser­wa­cjami i fru­stra­cjami, uczą się szyb­ciej i zapa­mię­tują wię­cej niż ci, któ­rzy uczą się samotnie.

Zarządzanie nie­do­god­no­ściami, dużymi lub małymi, czę­sto wymaga stwo­rze­nia okre­ślo­nej kate­go­rii pracowników.

Wykładowcy w college’u, recen­zenci restau­ra­cji, biblio­te­ka­rze i pra­cow­nicy biu­rowi – wszy­scy poma­gają utrzy­mać nie­do­god­no­ści na pozio­mie moż­li­wym do znie­sie­nia dla innych.

Jednak, gdy rze­czy, które były kło­po­tliwe, prze­stają takie być, to stare usta­le­nia muszą być rene­go­cjo­wane, łącz­nie z rolą tych pra­cow­ni­ków: gdy otrzy­mu­jemy opi­nie na temat restau­ra­cji ze wspól­nego punktu widze­nia ludzi, któ­rzy rze­czy­wi­ście tam jedli, war­tość kry­tyka kuli­nar­nego jako źró­dła reko­men­da­cji spada.

W miarę, jak wię­cej ludzi zaczyna ocze­ki­wać, że udział ama­to­rów to zawsze dostępna opcja, te ocze­ki­wa­nia mogą zmie­nić kulturę.

Możemy zmie­nić olbrzy­mie nagro­ma­dze­nie małych wkła­dów w coś o trwa­łej war­to­ści. Ten fakt, klucz do obec­nej ery, stale zaska­kuje. Sceptyczni obser­wa­to­rzy za każ­dym razem ata­ko­wali kon­cep­cję, że dzie­le­nie się naszą kogni­tywną nad­wyżką może pomóc w stwo­rze­niu cze­goś wartościowego.

Wadą uczest­nic­twa w życiu emo­cjo­nal­nym grup jest to, że może ona osła­bić zdol­ność do ukoń­cze­nia cze­go­kol­wiek; grupa może stać się zbyt prze­jęta zaspo­ka­ja­niem swo­ich człon­ków niż osią­ga­niem swo­ich celów.

Członkowie uczą się stan­dar­dów grupy i reagują na zacho­wa­nie, które pod­waża te standardy.

(Zbyt ufna blo­gerka została zabita w trak­cie wędrówki pie­szej:) Niesłusznie wie­rzyli, że ludz­kie moty­wa­cje są zasad­ni­czo łagodne. Z dru­giej strony couch sur­fe­rzy zro­zu­mieli, że moty­wa­cją nie­któ­rych ludzi jest krzyw­dze­nie innych, że to powo­duje realne ryzyko i że należy je jakoś osłabić.

W wol­nej kul­tu­rze dosta­jesz to, co czcisz.

Wartość publiczna wymaga nie tylko nowych moż­li­wo­ści dla sta­rych moty­wa­cji; wymaga zarzą­dza­nia, czyli innymi słowy spo­so­bów zapo­bie­ga­nia lub znie­chę­ca­nia ludzi do nisz­cze­nia pro­cesu reali­zo­wa­nego przez grupę lub jej produktu.

Ludzie będą się dobrze zacho­wy­wać, jeśli wyczują, że jest w tym dłu­go­fa­lowa war­tość, a nie robie­nie tego skut­kuje rychłą stratą.

Członkowie grup zło­żo­nych z ochot­ni­ków wyma­gają zarzą­dza­nia, tak by mogli bro­nić się sami przed sobą; potrze­bu­jemy zarzą­dza­nia, by stwo­rzyć prze­strzeń, w któ­rej tworzymy.

Nasza naj­lep­sza szansa, by wpaść na dobry pomysł to wypró­bo­wy­wa­nie jak naj­więk­szej liczby rze­czy przez jak naj­więk­sza liczbę grup. Przyszłość nie odsła­nia się w jakiejś z góry usta­lo­nej kolej­no­ści; rze­czy zmie­niają się, ponie­waż ktoś wymy­śla coś, co jest moż­liwe w danej chwili i stara się to zrealizować.

Jesteśmy bez­na­dziejni w prze­wi­dy­wa­niu tego, co zro­bimy z nowymi narzę­dziami komu­ni­ka­cyj­nymi, zanim je jesz­cze wypróbujemy.

Najlepsze wyko­rzy­sta­nie narzę­dzi nie wymaga wiel­kich pla­nów czy ogrom­nych sko­ków naprzód, lecz sta­łych prób i błędów.

Łatwo wyobra­zić sobie usługę, która będzie poży­teczna, gdy wielu ludzi będzie z niej korzystać.

Trudno stwo­rzyć usługę, która będzie poży­teczna, gdy tylko kilka osób będzie z niej korzystać.

Projekty, które będą dzia­łać tylko, jeśli staną się duże, zwy­kle się nie rozwiną.

Ludzie, któ­rzy mają obse­sję na punk­cie w przy­szło­ści osią­gnię­cia suk­cesu na wielką skalę, mogą w rze­czy­wi­sto­ści zmniej­szać praw­do­po­do­bień­stwo osią­gnię­cia suk­ce­sów na nie­wielką skalę tu i teraz, które są potrzebne, by mogło dojść do tych wielkich.

By stwo­rzyć duży i dobry sys­tem, dużo lepiej jest zacząć od małego i dobrego sys­temu i pra­co­wać nad jego powiększeniem.

Dla zało­ży­cieli i pro­jek­tan­tów nowe pomy­sły wydają się prost­sze, a ich traf­ność bar­dziej oczy­wi­sta, niż dla poten­cjal­nych użytkowników.

Spójrzmy scep­tycz­nie na to, co użyt­kow­nik otrzy­muje dzięki udzia­łowi, szcze­gól­nie wtedy, gdy moty­wa­cja pro­jek­tanta różni się od moty­wa­cji użytkownika.

Każdy użyt­kow­nik social mediów może już stwo­rzyć on-line wiele rze­czy – tek­sty, zdję­cia, czy filmy – może dołą­czyć do wielu inter­ne­to­wych spo­łecz­no­ści dys­ku­tu­ją­cych na tematy, które go inte­re­sują. Z taką feerią moż­li­wo­ści musimy zapew­nić naszym użyt­kow­ni­kom jedną kon­kretną, która nagro­dzi ich moty­wa­cje wewnętrzne, naj­le­piej zarówno te oso­bi­ste (jak auto­no­mia i kom­pe­ten­cja) i spo­łeczne (jak poczu­cie człon­kow­stwa i hojność).

Domyślne dla społeczności

Uważny wybór usta­wień domyśl­nych może ukształ­to­wać to, jak zacho­wują się użyt­kow­nicy, ponie­waż pre­zen­tują one pewne oczekiwania.

Backflip kon­cen­tro­wał się na war­to­ści oso­bi­stej i zakła­dał, że war­tość spo­łeczna jest opcjo­nalna. Z dru­giej strony w Delicious war­tość spo­łeczna była domyślna. Dzięki zało­że­niu, że użyt­kow­nicy chęt­nie będą two­rzyć coś war­to­ścio­wego dla sie­bie nawza­jem, Delicious szybko się roz­wi­nęło, ponie­waż war­to­ści spo­łeczne przy­cią­gały nowych użyt­kow­ni­ków, a to, jak póź­niej wyko­rzy­sty­wali usługę, gene­ro­wało więk­szą war­tość społeczną.

Systemy spo­łeczne posia­dają dwa modele: dyna­miczny i martwy.

Gdy kul­tura już się usta­bi­li­zuje, czy to pomocna, czy podejrz­liwa, akcep­tu­jąca czy scep­tyczna, jest bar­dzo trudna do zmie­nie­nia. Kluczem jest rekru­ta­cja pierw­szych kil­ku­dzie­się­ciu ludzi, któ­rzy będą ucie­le­śnie­niem wła­ści­wych norm kulturowych.

Jakakolwiek kul­tura zapa­nuje do czasu, gdy zdo­bę­dziemy stu użyt­kow­ni­ków, jest duża szansa, że będzie ona domi­nu­jąca do czasu, gdy dobi­jemy do tysiąca (lub miliona).

Innymi słowy, widoczna chęć wpro­wa­dze­nia zasad, w rze­czy­wi­sto­ści obniża ilość ener­gii, którą ludzie pro­wa­dzący pociąg mogą poświę­cić na usta­la­nie poli­tyki, ponie­waż ludzie jadący pocią­giem chcą zor­ga­ni­zo­wać swoje reak­cje, wie­dząc, że mogą liczyć na prze­wi­dy­walne wsparcie.

Im szyb­ciej się uczymy, tym szyb­ciej będziemy w sta­nie się przystosować.

Sukces spra­wia wię­cej pro­ble­mów niż porażka.

Prawdziwe dłu­go­fa­lowe trud­no­ści wyni­kają z suk­cesu, ponie­waż usługi, które osią­gnęły suk­ces pod­wyż­szają ocze­ki­wa­nia i przy­cią­gają ludzi, któ­rzy chcą wyko­rzy­stać dobrą wolę innych (na przy­kład poprzez wysy­ła­nie spamu) lub zoba­czyć porażkę projektu.

Zróbmy plany na wypa­dek takich pro­ble­mów z wyprze­dze­niem, by się na nie przygotować.

Jeśli chcemy roz­wią­zać trudne pro­blemy, musimy mieć trudne problemy.

Bronienie się zawczasu przed moż­li­wymi następ­stwami suk­cesu ma duże wła­ści­wo­ści łagodzące.

Generalnie waż­niej­sze jest pró­bo­wa­nie nowo­ści i praca nad pro­ble­mami w momen­cie ich poja­wia­nia się niż wymy­śla­nie spo­sobu na zro­bie­nie cze­goś nowego, gdy nie mamy żad­nych problemów.

Zadanie nie polega tylko na tym, by coś zro­bić, tylko na stwo­rze­niu śro­do­wi­ska, w któ­rym ludzie chcą coś robić.

Rozwiązywanie pro­ble­mów w momen­cie ich poja­wia­nia się ozna­cza, że nie wpro­wa­dzamy pro­cesu w życie, dopóki nie będziemy go potrzebować.

Grupy tole­rują zarzą­dza­nie, które z zało­że­nia jest zesta­wem obostrzeń, dopiero po tym, jak zgro­ma­dzone są wystar­cza­jące war­to­ści, by obcią­że­nie było tego warte. Ponieważ war­tość powstaje z cza­sem, brze­mię zasad musi nastę­po­wać w póź­niej­szym czasie.

Najwspanialszym mecha­ni­zmem prze­wi­du­ją­cym, ile war­to­ści uzy­skamy z kogni­tyw­nej nad­wyżki jest to, na jak wiele pozwa­lamy i jak bar­dzo wspie­ramy się nawza­jem w eks­pe­ry­men­tach, ponie­waż jedyną grupą, która może wypró­bo­wać wszystko są wszyscy.

Jaki jest ide­alny spo­sób na zin­te­gro­wa­nie nowej tech­no­lo­gii ze spo­łecz­no­ścią? Podzielmy ten pro­blem na kilka róż­nych scenariuszy.

1- Jeden nazy­wałby się „Tyle cha­osu, ile możemy znieść”: pozwa­lamy każ­demu, kto marzy o rewo­lu­cjo­ni­zmie na pró­bo­wa­nie w nowych tech­no­lo­giach wszyst­kiego, na co ma ochotę, bez zwa­ża­nia na ist­nie­jące normy spo­łeczne lub kul­tu­rowe, czy poten­cjalne szkody dla ist­nie­ją­cych insty­tu­cji społecznych.

2- Innym sce­na­riu­szem byłaby „Tradycjonalistyczna akcep­ta­cja”: los każ­dej nowej tech­no­lo­gii byłby w rękach osób odpo­wie­dzial­nych za obecny spo­sób wyko­ny­wa­nia róż­nych rze­czy. Byłoby to jak zosta­wie­nie mni­chom decy­zji doty­czą­cej tego, jak uży­wać prasy dru­kar­skiej, czy urzę­dowi pocz­to­wemu tego, co zro­bić z e-mailem.

3- Trzeci sce­na­riusz – nazwijmy go „Wynegocjowane przej­ście” – zakłada zrów­no­wa­żoną roz­mowę pomię­dzy rady­ka­łami i tra­dy­cjo­na­li­stami: rady­ka­ło­wie mogą zapro­po­no­wać wyko­rzy­sta­nie nowych tech­no­lo­gii, a póź­niej nego­cjo­wać z tra­dy­cjo­na­li­stami na temat tego, jak wyko­rzy­stać nowe jed­no­cze­śnie zacho­wu­jąc naj­lep­sze ele­menty starego.

W rze­czy­wi­sto­ści wła­ściwą odpo­wie­dzią jest ta pierw­sza: „Tyle cha­osu, ile możemy znieść”.

Gdy ktoś pro­wa­dzi księ­gar­nię lub wydaje gazetę, albo jest wła­ści­cie­lem sta­cji tele­wi­zyj­nej to dobrze, jeśli ma ludzi, któ­rzy uwa­żają, że jego praca jest bar­dzo istotna dla spo­łe­czeń­stwa, nawet jeśli tak nie jest.

Tego rodzaju poświe­ce­nie jest dobre dla morale i spra­wia, że ludzie bro­nią poży­tecz­nych i cen­nych instytucji.

Niemniej jed­nak, w cza­sach rewo­lu­cji te inte­lek­tu­alne zalety zamie­niają się w odpo­wie­dzial­ność, ponie­waż osoby, które tak bar­dzo poświę­cają się sta­rym roz­wią­za­niom nie mogą zro­zu­mieć, w jaki spo­sób spo­łe­czeń­stwo mogłoby sko­rzy­stać z podej­ścia nie­zgod­nego z wcze­śniej­szymi modelami.

Paradoksalnie, jak już widzie­li­śmy, ludzie, któ­rzy poświę­cają się roz­wią­zy­wa­niu kon­kret­nego pro­blemu sta­rają się rów­nież, by pro­blem pozo­stał, tak by ich roz­wią­za­nie mogło przetrwać.

Nie możemy pro­sić ludzi zarzą­dza­ją­cych tra­dy­cyj­nymi sys­te­mami o ocenę zasad­ni­czych korzy­ści nowej tech­no­lo­gii; ludzie zaj­mu­jący się obec­nym sys­te­mem jako grupa będą mieli trud­no­ści, by zoba­czyć war­to­ści we wszyst­kim, co zakłóca ich spokój.

Radykałowie nie będą w sta­nie zmie­nić niczego bar­dziej niż mogą sobie to wyobra­zić człon­ko­wie społeczności.

Górny limit „Tyle cha­osu, ile możemy znieść” to ilość czasu i ener­gii wyma­gana do spo­łecz­nego rozproszenia.

Radykałowie nie będą w sta­nie pra­wi­dłowo prze­wi­dzieć koń­co­wych następstw, ponie­waż mają zachętę do zawy­ża­nia wyobra­ża­nej sobie przez nich war­to­ści nowego sys­temu i ponie­waż brak im zdol­no­ści do wyobra­że­nia sobie innych spo­so­bów wyko­rzy­sta­nia narzędzi.

Zwolennicy nowego i obrońcy sta­rego nie mogą nawet prze­dys­ku­to­wać zmiany, ponie­waż każda grupa popeł­nia sys­te­ma­tyczne błędy, które spra­wiają, że ich ogólna wizja jest nie­wia­ry­godna; rady­ka­ło­wie i tra­dy­cjo­na­li­ści zaczy­nają od róż­nych zało­żeń i zazwy­czaj koń­czą prze­ga­du­jąc się nawzajem.

Faktyczne wyne­go­cjo­wane zmiany mogłyby się wyda­rzyć tylko wtedy, gdy pozwo­li­li­by­śmy rady­ka­łom na wypró­bo­wa­nie wszyst­kiego, ponie­waż więk­szość z nich ponie­sie klę­skę z powodu ich nie­moż­no­ści do prze­wi­dy­wa­nia tego, co się wyda­rzy i ze względu na natu­ralne funk­cje hamu­jące roz­pro­sze­nia społecznego.

Negocjacje, które mają zna­cze­nie, nie odby­wają się pomię­dzy rady­ka­łami i tra­dy­cjo­na­li­stami; zamiast tego muszą się one odbyć z człon­kami więk­szej spo­łecz­no­ści, jedyną grupą, która potrafi pod­jąć słuszną decy­zję doty­czącą tego, gdzie chce żyć, mając do dys­po­zy­cji nowy zakres możliwości.

Szukamy myszy. Szukamy wszę­dzie, gdzie czy­tel­nik, oglą­da­jący, pacjent czy miesz­ka­niec mógł się zamknąć pod­czas two­rze­nia i udo­stęp­nia­nia albo gdzie zostało mu zapew­nione mu pasywne lub zapusz­ko­wane doświadczenie.

Poznaj swoją
następną
ulubioną
książkę.
Mądrego zawsze miło posłuchać
Guy Kawasaki
Prekursor ewangeli kultu
produktów Apple. Dzisiaj CEO
G.T.Ventures
Czego uczą nas marki, którym ufamy?
My, zadajemy sobie to pytanie każdego dnia.
W tym miejscu chcielibyśmy dzielić się z Tobą efektami naszych poszukiwań.

Grupowanie
Informacje uło­żone w zna­jome i roz­sądne grupy są łatwiej­sze do zro­zu­mie­nia i zapamiętania.
Dzielenie dużych list (spi­sów tre­ści, pozy­cji w menu) na mniej­sze grupy spra­wia, że infor­ma­cje są łatwiej­sze do zro­zu­mie­nia i opa­no­wa­nia.

Jeśli cho­dzi o wyuczone zacho­wa­nia, mamy skłon­ność do pod­świa­do­mego dzie­le­nia codzien­nych wyda­rzeń na mniej­sze czę­ści, jak na przy­kład poranne przy­go­to­wy­wa­nie się do wyj­ścia. Zrozumienie jak ludzie roz­wi­jają w umy­śle zwy­czaje, na Twojej stro­nie lub gdzie indziej – może ujaw­nić obszary, które warto ulepszyć.
Jestem zainteresowany!
Do: studio@owocni.pl
Od:
Twoja wiadomość
Witam, nazywam się , chętnie nawiąże kontakt z Owocnymi w sprawie współpracy nad nowym projektem. Poproszę o kontakt i wstępną ofertę. Mój numer telefonu to:
[Dostosuj tę wiadomość]
  • Częste pytania
    Ważne pytania i odpowiedzi
    1A co jeśli wasz projekt po
    prostu mi się nie spodoba?
    odpowiedź
    2Jak obsługujecie małe
    i początkujące firmy?
    odpowiedź
    3Jak wygląda
    współpraca na odległość?
    odpowiedź
    4Jaką gwarancję
    jakości otrzymam?
    odpowiedź
    5Ile wynosi minimalny
    budżet projektu?
    odpowiedź
    6Jak rozpocząć współpracę?
    odpowiedź
    Zapytaj o swój projekt
  • Broszura
    Jestem zainteresowany!
    Broszura
    firmowa.
    Jest darmowa!Niezbędna na zebraniu
    lub spotkaniu biznesowym.
    Pobierz broszurę - kliknij

Opublikuj treść u siebie

Chcesz zamieścić tą treść na swoim
blogu, za darmo? Nic prostszego!

Wystarczy, że wstawisz link zwrotny.
Zobacz jak publikować nasze treści.

  • Pisz dla nas
    Pisz dla nas, ekspercie

    Szanowny ekspercie.
    Podziel się wiedzą i odbierz zapłatę.

    Za dobrą treść, płacimy dobre pieniądze.
    Sprawdź to - kliknij tutaj.

  • Wesprzyj nas
    IMarketing

    Podoba Ci się to co robimy?
    - Udziel nam wsparcia, to łatwe - sprawdź tu.

Kliknij lubię to na
Otrzymaj ofertę